//
you're reading...
zawody

Susz > Górzno > Habdzin > Borówno czyli jak urwać 23 minuty w ciągu 3 miesięcy

Miała być szybka relacja z Borówna w max 48 godzin po minięciu linii mety. Tak pisałem w poprzednim wpisie, ale potrzebne było te kilka dni, aby spokojnie przeanalizować start i jednocześnie podsumować mój pierwszy sezon.

Czas przygotowań
Ten był chyba najkrótszy w przypadku Borówna, o ile można mówić w ogóle o przygotowaniach. Ale po kolei. Po Suszu, który był moim debiutem obiecałem sobie, że poprawię wynik. Miałem na to 3 miesiące – po drodze obóz w Szklarskiej Porębie (z Gośką Sobańską, Piotrem Mańkowskim, Piotrem Rostkowskim w warstwie biegowej i Moniką Jarecką i Andrzejem Skorykowem w warstwie pływacko rowerowej). Skład znamienity🙂 więc o ile tylko przepracowany to wiedziałem – da efekty. Obóz dał na pewno kopa w obszarze pływackim, bo Andrzej obnażył moje niedoskonałości z jednej strony, ale dał też konkretną informację zwrotną co ćwiczyć. W trakcie obozu zacząłem ledwo, musnąłem co i jak należy robić. Szklarska to też rewelacyjne tereny na rower. Zwłaszcza na górala. Kilka wyjazdów po okolicznych szlakach, wypad do Harrachova czyli tak na prawdę większość tras to podjazdy, które dały odpowiedni impuls do rozwoju ‚płuca’ i ‚kopyta’. Na pewno trzeba wracać do Szklarskiej i zaliczać więcej wypadów w góry. Esencja MTB po prostu. Dwa tygodnie po obozie był start na dystansie olimpijskim w Górznie. Idealnie wstrzelony termin z formą. Po raz pierwszy jazda na rowerze w drafcie. Już będę wiedział, że jeżeli klienci wiozą się tylko i nie chcą dawać zmian to trzeba się im urywać i naparzać samemu. To poćwiczę za rok🙂 I potem szybka forma w Habdzinie. Do każdego startu podchodziłem z bagażem doświadczeń z poprzednich, z coraz większą pewnością i szybkością😀 w strefach zmian i chyba na większym luzie. Ale ciągle mam w pamięci ten moment z Susza, kiedy wszedłem do strefy zmian, wprowadziłem rower, zacząłem rozpakowywać cały szpej i … nie wiedziałem o co chodzi. Wracając do Borówna – losy wyjazdu ważyły się praktycznie do ostatniego momentu. Wybawieniem ze stanu niezdecydowania okazała się ekipa ze wspomnianego obozu w Szklarskiej, która sprawiła mi niespodziankę opłacając wpisowe jako prezent urodzinowy… Zostałem postawiony niejako ‚pod ścianą’  i już nie było wymówek. Wręcz przeciwnie – mega motywacja, mobilizacja i ogólny spręż! Jeszcze raz ukłony w Waszym kierunku🙂 Więc stało się tak, że ostatnie 5 dni (bo tyle zostało do startu od przekazania informacji o prezencie) czyli od wtorku musiałem wejść w okres przyśpieszonego taperingu. O bieganiu w drugim zakresie nie było już mowy, raptem jedna wizyta na basenie podczas której ciężko było złapać oddech na nawrotach i ok. 50km luźno na rowerze. Tyle miało wystarczyć, aby zmierzyć się z 1/2 dystansu Ironmana. Wiadomo, że ogólny poziom przygotowania był, ale nie zaliczyłem w ostatnich tygodniach – praktycznie od połowy lipca – żadnej dłuższej jazdy na rowerze. Niczego powyżej 75km. Pływałem też raczej sporadycznie – chyba najwięcej na zawodach :O czyli 1500m w Górznie i 700m w Habdzinie. Tylko bieganie dawało nadzieję, że wynik 1.45 z Susza da się poprawić. Bo jak pojawiło się to niezdecydowanie co do startu w Borównie to myślami i treningiem byłem już przy jesiennym maratonie – na celowniku był (i dalej jest) Poznań lub Amsterdam. Więc z taką podbudową treningową(a w zasadzie z jej brakiem), pełen obaw co do tego czy nie zawiodę współobozowiczów, ruszyłem z familią do Borówna. Dotarliśmy około 16tej na miejsce i pierwsze czego doświadczyłem na miejscu to dobra atmosfera. Pogoda była znakomita, bezchmurne niebo, krzątający się organizatorzy i obsługa stoisk z expo… Miło i kameralnie. Imponująca meta, alejka dobiegu jak na dużych imprezach biegowych – wszystko na medal! Odbierając pakiet dowiedziałem się o spotkaniu informacyjnym o 20.00 i w zasadzie za chwilę była 20ta … Ten czas płynął bardzo szybko. Robert Stępniak, fascynat triatlonu, jeden z pionierów tej dyscypliny w Polsce i jednocześnie organizator zawodów prowadził spotkanie w bardzo fajny i przyjacielski sposób – jakaż różnica w porównaniu do Górzna, gdzie ktoś z PZTri odczytał z kartki co i jak będzie (‚tak jak w zeszłym roku…’)! Miło tak opowiadać o takim wysiłku … Wieczorem będąc już w miejscu noclegu było małe STO LAT na okoliczność moich urodzin, jedno piwo, trochę czerwonego wina i spać.

Zawody
Fajne są godziny startów w okolicach południa (jak na przykład Borówno czy Susz o 11.00), ale powodują lekkie rozleniwienie, którego nie ma w przypadku maratonów (na ogół 9.00 – wersja krajowa …) I takie właśnie nie-spięcie poranne miało miejsce. Skutkowało miłą atmosferą przy śniadaniu zjedzonym w duuużym gronie, zjedzonym niestety trochę za późno. Ale to miałem odczuć dopiero podczas pływania… Dojazd na miejsce nie nastręczył żądnych kłopotów – mieliśmy około 3km z naszej kwatery na start. Jako, że poprzedniego wieczoru wstawiliśmy rowery do strefy zmian to teraz pozostało już tylko dopompować koła i spokojnie czekać na wejście do wody. Spokojnie w porównaniu do Susza, ale czy przed startem da się zachować spokój? Zawsze targają mną jakieś wątpliwości i przemyślenia. Ale tych szczęśliwie jest coraz mniej bo procentuje doświadczenie. No i wsparcie ze strony Olafa i Sylwii (za obiektywem) też dało się odczuć🙂
Ciśnienie na poziomie 8 atmosfer zapodaliśmy nie tylko u mnie, ale także u Kaśki (serio to było minimalnie mniejsze😉 i pewno dlatego Kaśka była ‚tylko’ na 7-mym miejscu jak się później okazało). Ułożenie rzeczy w pojemniku przy rowerze po trzech startach jest już formalnością wprawdzie, ale zawsze robię to z lekkim drżeniem. Dobrze, że nie ma jeszcze rutyny😉

Pływanie
Zakładanie pianki to niby prosta czynność, ale na brzegu jeziora, w błysku fleszy…😉
Sami rozumiecie – poza tym po raz pierwszy miałem na sobie top który trochę uwierał w szyję.
Ale w końcu udało się – w nowych szwedkach, poszliśmy w toń …
Mimo mniejszej liczby osób na starcie ( ok 160 w porównaniu do ok 460 w Suszu) odcinek do pierwszej boi wspominam jako walkę z próbami łapania mnie za stopy lub łydkę, przepływaniem po mnie i ogólnej ciasnoty. Po pierwszym nawrocie było już lepiej – mogłem złapać w miarę równy rytm, z tym że przypomniało o sobie śniadanie …😦 Szczęśliwie nie dowiedziało się o jego składzie jezioro :O Ale nauczka na przyszłość – jeść wcześniej! Pętle, a w zasadzie trójkąty miały krótsze boki w porównaniu do Susza (tam odcinki miały po 900m …) i to dało lepszą orientację w wodzie. W Borównie pływanie to dwie pętle. Jest to tak zorganizowane, że trzeba po pierwszej wyjść z jeziora. Części osób pewno to nie pasuje bo wybija ich z rytmu, ale dla mnie było ok. Złapałem oddech, poprawiłem okularki i dzida!
Drugie poszło lepiej – już nie przypominało o sobie śniadanie, było luźniej i wszystko się nasmarowało jakoś🙂
Po Suszu, gdzie płynąłem w kąpielówkach, przebierałem się w strefie zmian jak na basenie, owijając się ręcznikiem wiedziałem, że w ten sposób może i odpocznę, złapię oddech, ale na pewno nie powalczę o szybki wyjazd z T1. Teraz całość wraz z dobiegiem z jeziora do strefy zmian zajęła mi trzy i pół minuty więc do przodu 2.30 a pewno odliczając dobieg byłoby lepiej, biorąc pod uwagę fakt, że w Suszu strefa usytuowana jest od razu na plaży jeziora. Więc zrzucenie pianki, zapięcie butów (bez skarpet) prowiant w kieszeń i hajda! Poszło na tyle szybko, że Sylwia ledwo się dała radę uwinąć🙂

Rower
Wyłapałem na jakimś z forów, żeby nie jeść od razu po starcie rowerem, tylko odczekać kilka minut. Zacząłem tylko zasusać izotonik (tutaj dzięki dla Krzyśka i Olafa – dzięki Wam było co pić z bidonu), a po mniej więcej 10 minutach wrzuciłem na ruszt pierwszego banana. Podobnie jak w Suszu złapałem po tych pierwszych kilometrach rytm. Ale nie czułem się jakoś specjalnie mocno. Wiało w zasadzie cały czas w twarz czyli tzw. wmordewind🙂 Dopiero po jakimś czasie była prosta, na której bujnąłem się do ponad 40km/h, ale to było wszystko co dało się wycisnąć tego dnia z roweru, mojej pozycji na nim i pogody. W międzyczasie wyprzedził mnie Krzysiek, którego nie podejrzewałem o taki afront😉 Ale skoro cały sierpień jeździłem po max 40-50km, a najdłuższy odcinek, jak wspomniałem na początku, nie przekroczył 80km to trudno było oczekiwać mocnego kopyta … Ale i tak – mimo wzmagającego się wiatru, pierwsze i drugie kółko udało się zaliczyć odpowiednio ze średnią prędkością 32.4 i 32.2. Trzecie było najsłabsze – 30.6 km/h i nie wiem czy to ze zmęczenia, czy w związku z wiatrem czy po prostu zwolniłem, aby lepiej pobiec😉 Po pierwszej pętli nie zwolniłem nawet w strefie bufetu, po drugiej pętli podjąłem nieskuteczną próbę przechwycenia bananów, a po trzeciej trzeba było zamienić rower na buty do biegania🙂 W porównaniu do Susza rower miałem szybszy o prawie 8 minut, ale to tutaj dalej są największe rezerwy …

Tuż przed wjazdem do T2 czekał Olaf z izotonikiem – miałem znowu co wlać do baku🙂
Potem już tylko szybka bo półtora minutowa raptem strefa T2 czyli zmiana butów (znowu bez skarpet ale to nie był dobry ruch przy tej spiekocie…), zrzucenie kasku, czapeczka w na głowę bo żar z nieba niemiłosierny się lał i myk na 21km… :O

Bieg
Powyżej pisałem o braku wyjeżdżeń powyżej 100km – brak zakładek też się odbił czkawką. Byłem pewien, że co jak co, ale bieg będzie łatwo poprawić i z tempa w okolicach 5.00 zejść na … no przyznam, że myślałem nawet o 4.45 co dałoby czas biegu poniżej 1.40.
A tu … po pierwszych 2 kilometrach tętno poniżej 160, ale mocy w nogach jakoś nie czułem … Jeszcze wydawało mi się, że zakładane tempo poniżej 5minut na km będzie w moim zasięgu. Ale potem zaczęły się schody. Parę kolejnych kilometrów szło w miarę równo w okolicach 5min/km, ale … podobnie jak w Suszu 8 km okazał się początkiem kryzysu. W Suszu walczyłem z nim już do końca dystansu – tutaj, w Borównie udało się zapanować nad słabnącym duchem po dwóch kilometrach wprawdzie, ale nie na tyle aby wzmóc tempo. Zastanawia mnie ten 8 kilometr – czy to odpowiednik maratońskiej ściany? Przyjdzie (albo i nie) się dowiedzieć w przyszłym roku …

Paradoksalnie – nie będąc zadowolonym z tempa – mijałem wielu zawodników szybszych ode mnie na rowerze, którzy teraz bądź szli, bądź to biegli jeszcze wolniej ode mnie. Jak się później okazało – na 166 sklasyfikowanych finisherów tylko 6 miało czas biegu poniżej 1.40 !!! Ktoś pisząc o tegorocznej edycji Borówna porównał ją do … hawajskiej Kony – czyli gorąco i wietrznie😉 Czyli nie tylko mnie dopadło – takie pociesznie zostało zamiast polepszenia wyniku biegowego😉
Na każdym kółku w strefie bufetowej – a w zasadzie nawet przed nią czekał na mnie Olo

z którym potem pięknie finiszowaliśmy w czasie 5.23
Tak czy inaczej należy być zadowolonym, bo pływanie ukończyłem jako 113 (na 166), rower jako 65, a bieg jako 32 zawodnik. W klasyfikacji open byłem 46, a w kategorii M40 11 na 39.
W Suszu było to odpowiednio 208/369, pływanie 312, rower 207 i bieg 93. W kategorii wiekowej 30/50 czterdziestolatków😉
Ale to zadowolenie dotarło do mnie kilka dni po minięciu mety …

Podsumowanie ogólno szczególne🙂
Na pewno triatlon to moja dyscyplina. Na początku tego roku postawiłem sobie cel ukończenia połówki w Suszu. Druga część roku miała już być wyłącznie biegowa – przygotowująca mnie do jesiennego maratonu. Ale sprawca zamieszania potrójnie się jeszcze pojawił w moim kalendarzu🙂 Bo triatlon sprawia mi autentyczną radochę. Nie spinałem się do jakoś specjalnie do treningów. Zwłaszcza do Borówna podszedłem ‚z marszu’ w zasadzie. Ale ocena tego to rzecz względna – bo dla jednych 8-10 godzin treningu w tygodniu to dużo, dla innych nie daje nawet bazy… Biorąc pod uwagę na pewno systematyczność, ale bez specjalnego planowania całości treningu – na 2012 – nomen omen rok olimpijski :O patrzę baaardzo optymistycznie.
Lubię biegać, czuć endorfiny wyzwalające się podczas treningów. Pasuje mi rower. I to zarówno szosa – która jest trochę arystokratyczna, jak i góral, który nie kryje swoich plebejskich😉 korzeni. Najmniej serca mam póki co do pływania, ale i tak mimo takiej nie-atencji urwałem 6 minut w ciągu 3 miesięcy. Strefy zmian też zostały już ‚odczarowane’ więc teraz już tylko TRENOWAĆ!!! Nic więcej nie pozostaje. Jesień i zima jako podbudowa, potem szlifowanie w Suszu 2012, aby zejść poniżej 5 godzin. I to nie symbolicznie jakieś 4.59.xx … tylko konkretnie!

A jesienią cały dystans IM😀

Dyskusja

Trackbacks/Pingbacks

  1. Pingback: maratonas 3.20 « trójpolówka - 28 Wrzesień 2011

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Kategorie

Blog Stats

  • 15,825 hits

Arturowy fejs

%d bloggers like this: